
Pora ujawnić moje, nie tak znów długo praktykowane, zamiłowanie do biegania przełajowego. Ponieważ mieszkam w okolicy wyjątkowo sprzyjającej uprawianiu tego sportu, w końcu to polubiłem. Zacząłem chyba w 2002 roku, za namową żony. Początki były trudne. 100 - 200 metrów, język jak krawat, brak tchu. Powoli, powoli się rozkręcałem. Najpierw zacząłem biegać krótszą trasę (niebieską), a i to na kilka etapów. Od tego roku biegam dłuższą (czerwoną) trasę i to non-stop. Co prawda, jak policzyłem, nadal wolniej biegnę, niż nasz mistrz Korzeniowski idzie, ale powoli poprawiam wyniki. Teraz przebiegnięcie dłuższej trasy zajmuje mi około 24 minut.
Miałem nadzieję, że może będę biegał ze swoim psem, ale szybko okazało się, że Kora (vel Gruba) nie nadąża i wlecze się z tyłu z językiem po ziemi. Biegam więc sam, przeważnie w sobotę i niedzielę rano, przed śniadaniem. Może przyjdzie dzień, kiedy już jako emeryt pobiegnę w maratonie?
