
Prawie całe życie nie lubiłem zimy.To była najgorsza pora roku. A już jeżdżenie na nartach? Przecież zimno, ślisko, mokro, jednym słowem nieprzyjemnie. Co innego posiedzieć w ciepłym domu, nieprawdaż? Ale wszystko się zmieniło zimą 2002/2003. I tu znów, podobnie jak z bieganiem, na pomysł wpadła Violetta - moja żona. Wymyśliła, że podczas ferii zimowych pojedziemy w góry, aby nauczyć się jeździć na nartach. Pojechaliśmy do Ustrzyk Dolnych w Bieszczadach i tam przekonałem się, jakie to wspaniałe zajęcie. Nawet na stare lata. Jeśli ktoś z Was jeszcze tego nie spróbował, naprawdę szczerze polecam i zachęcam. Po prostu coś wspaniałego!
Od tamtego czasu stałem się fanatykiem nart.
Jeszcze w tym samym sezonie, w którym, mówiąc lotniczym językiem "wylaszowałem się" na nartach, wystartowałem jako zawodnik w biegu zjazdowym oraz w slalomie na Pięknej Górze koło Gołdapii. I nie byłem ostatni, ale gdzieś w środku stawki. Podobnie mój syn - Krzysztof.
Ludzie, co to za uczucie, gdy tak pędzi się w dół stoku! Jaka fascynacja prędkością! Zwłaszcza, gdy jeszcze nie wpadłem na pomysł, aby kupić tzw. "google". Mroźne powietrze natychmiast wyciska łzy z oczu, mało co widać, ale trzeba gnać, bo to zawody. Wszystko jak na olimpiadzie. Start z bramki, elektroniczny pomiar czasu. Na mecie stolik, za którym siedzą sędziowie rośnie w oczach. Cholera wie czemu ustawili go na wprost linii mety. Za pierwszym przejazdem nie wyrobiłem się z zakrętem po finiszu i przejazd zakończyłem u stóp komisji sędziowskiej. Potem było już coraz lepiej.






