Chciałbym podzielić się z Czytelnikami historią sprzed blisko 20 lat, która miała miejsce na naszym lotnisku. Notatka prasowa widoczna z prawej strony informuje o tzw. "suchych" faktach dotyczących tego niezwykłego jednak wypadku. Niezwykłego, gdyż w całej historii Aeroklubu Białostockiego, ani wcześniej, ani później, takiego przypadku nie zanotowano. Nie słyszałem też o podobnym zdarzeniu, które by miało miejsce w innym aeroklubie. Chciałbym przypomnieć to zdarzenie ku przestrodze, gdyż mnie kosztowało sporo nerwów i przykrości. Tak mnie, gdyż to ja niestety byłem pilotem samolotu w tym feralnym locie.

Po tym zdarzeniu wiele się działo, zarówno w aeroklubie, jak i poza. Było to dla mnie przykre doświadczenie, ale sporo mnie nauczyło, i to niekoniecznie tylko w kontekście czysto lotniczym. Na pewno stałem się mniej naiwny w niektórych sprawach dotyczących tzw. układów międzyludzkich. Może ta lektura komuś się na coś w życiu przyda, i z tą myślą postanowiłem niniejszy felieton napisać. Może na początek moja wersja wydarzeń, gdyż wersji było później kilka, nawet w prasie ogólnopolskiej.

Przede wszystkim chciałbym napisać, że strasznie chciało się latać. Holowanie szybowców było jedną z bardziej skutecznych możliwości "nabijania" nalotu, więc każda okazja była cenna. Tego dnia urwałem się z pracy wcześniej, a że pracowałem tuż przy granicy lotniska więc wczesnym popołudniem "zaklepałem" sobie możliwość poholowania. Teraz bardzo ważna kwestia, w pewnym sensie klucz do całego zdarzenia. Taka przysłowiona strzelba wisząca na ścianie w pierwszym akcie sztuki po to, żeby wystrzelić w ostatnim. W tym czasie w aeroklubie odbywało się szkolenie LPW, czyli Lotnicze Przysposobienie Wojskowe. Teraz już tego nie ma, ale kiedyś była to popularna forma wstępnego szkolenia kadetów, którzy rozpoczynali studia w Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniszej w Dęblinie. M. in. na białostockim lotnisku stawiali pierwsze kroki w pilotażu samolotów. Było to szkolenie zorganizowane na wzór wojskowy i stanowiło w miesiącu sierpniu absolutny priorytet w aeroklubie. Myśmy, czyli piloci aeroklubowi, mogli zaczynać latanie w zasadzie dopiero wtedy, gdy oni kończyli danego dnia. Tak też było i tego feralnego 13 sierpnia. Oni wykonywali ostatnie loty, a myśmy z szybowcami i samolotem holującym podłaczyli się do ich startu, czyli miejsca, gdzie były wyłożone znaki i tzw. kwadrat, czyli miejsce przebywania pilotów. Trochę staram się wyjaśniać terminologię, gdyż być może czytają to osoby niekoniecznie obeznane z tajnikami lotniczymi. Teraz ta wspomniana wcześniej strzelba. Start był wyłożony równolegle do pasa betonowego, a podejście do lądowania mniej więcej znad stacji paliw. Znaki były wyłożone bardzo blisko krawędzi pola wzlotów. Jak blisko, o tym trochę później.

Rozpoczęliśmy holowanie szybowców, aby możliwie jak najszybciej "wyrzucić" je w powietrze. Potem, po ostatecznym zakończeniu lotów przez LPW mieliśmy zamiar zmienić rozłożenie startu na bardziej dla nas dogodne, a przede wszystkim odsunąć się od krawędzi lotniska. Kto zna nasze lotnisko ten wie, że w tamtym rejonie skrajem pola wzlotów idzie brukowana droga. Ze względu na bliskie rozłożenie startu byłem zmuszony odpowiednio nisko przelatywać nad nią w końcowej fazie podejścia do lądowania. Trzeba pamiętać, że za ogonem samolotu zwisała swobodnie dosyć długa lina. Jaką miała długość akurat wówczas, nie pamiętam, ale pewnie typowo 20-30 metrów. Zdając sobie sprawę co to znaczy, z pewnym niepokojem obserwowałem grupkę młodych chłopaków, dzieci właściwie, które od pewnego momentu kręciły się w pobliżu ścieżki podejścia do lądowania. Pamiętałem, że ja sam, wiele lat wcześniej, też jako dzieciak lubiłem bardzo tak kombinować, żeby samolot przeleciał mi nad głową. Ci malcy raz się pojawiali, raz znikali. Wcześniej widziałem ich na tej drodze, potem zaczęli się zapuszczać w głąb pola wzlotów. Było ich kilku i przy każdym podejściu zawsze ich kilku naraz widziałem, ale ilu ich było dokładnie, i czy widziałem ich w komplecie, to nie dało się niestety ocenić. Tu był mój pierwszy błąd, a nawet dwa. Po pierwsze mogłem odmówić latania przy tak niekorzystnym, z mojego, jako pilota samolotu, punktu widzenia, rozłożeniu startu. Łatwo powiedzieć - odmówić, gdy tak strasznie chce się latać. Poza tym w końcu jest tzw. kierownik lotów, który zgodnie z przepisami jest wyrocznią na lotnisku, co do warunków i sposobu wykonywania lotów. Skoro on nie widział przeszkód, to cóż ja. Poza tym była to osoba tak mocno "umocowana" w aeroklubie, że lepiej było się nie wymądrzać. Nazwisk nie będę podawał, ale starsi lotnicy pewnie skojarzą, jeśli powiem, że "niedaleko pada jabłko od jabłoni". Drugi błąd to to, że powinienem był domagać się przez radio przepędzenia tych małych intruzów.

Po jednym z kolejnych lądowań i następującej akurat przerwie ktoś przyniósł wiadomośc, że chyba coś się stało na podejściu do lądowania. Że ktoś dostał liną. Popatrzyliśmy w tamtą stronę, było zresztą niedaleko, ale nic podejrzanego nie zauważyliśmy. Ja jednak już czułem, że coś wisi w powietrzu. Od razu też zdawałem sobie sprawę, że problem leży w niewłaściwym usytuowaniu startu. Postanowiłem zmierzyć, choćby krokami, odległość od brukowanej drogi idącej skrajem pola wzlotów, a tzw. dolnym ogranicznikiem, czyli tym miejscem, gdzie zaczyna się strefa przyziemienia samolotu. Pamiętam jak dziś, że było to sto kilkanaście kroków. Nawet gdybym stawiał kroki długości jednego metra, to wynik jest oczywisty. Zanim zasiadłem do pisania tego tekstu wyszperałem instrukcję użytkowania w locie samolotu PZL-104 "Wilga", jakim wówczas holowałem szybowce. Jest tam wykres lądowań i wynika z niego niezbicie, że podchodząc do lądowania ze standardowej wysokości 15 metrów ląduje się około 120 metrów dalej. Pasowało więc jak ulał. Chcąc przy tym rozłożeniu startu wylądować tam, gdzie należało musiałem przelatywać nad skrajem lotniska na wysokości około 15 metrów. Zważywszy, że za ogonem wisiała lina o długości 20-30 metrów (oczywiście nie równo w dół, ale pod pewnym kątem), miała prawo (mówię o prawach fizyki) stykać się z ziemią już na skraju pola wzlotów. I niestety, gdzieś tam na skraju, weszła w kontakt z głową tego biednego chłopaka. Biednego, ale też i mało rozsądnego, tak na marginesie.

Co się potem działo, te różne przesłuchania, pisanie oświadczeń, długo by opowiadać. Sądzę, że zanudziłbym bym szanownych czytelników. Chcę tylko poruszyć jeden wątek, który leży mi na wątrobie. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że pewne osoby starając się ratować własne tyłki przed odpowiedzialnością, w znaczym stopniu "wrobiły" mnie. Otóż kilka miesięcy później dostałem z prokuratury wezwanie na przesłuchanie. I tam poczułem, jakby ktoś wbił mi przysłowiowy nóż w plecy. Prokurator pokazał mi akta, a w nich coś w rodzaju ekspertyzy przebiegu wypadku. Eksperyza była podpisana przez człowieka z Inspektoratu Kontroli Cywilnych Statków Powietrznych, który nawet ze mną nie rozmawiał, i którego nie widziałem na oczy. Z ekspertyzy wynikało niezbicie, że do wypadku by nie doszło, gdybym nie popełnił podstawowych wręcz błędów w pilotażu, wręcz naruszyłem przepisy. Mój błąd, nawet złamanie przepisów polegało na tym, że leciałem nad skrajem lotniska o wiele za nisko, niż to było niezbędne do wykonania prawidłowego lądowania. Mówiąc inaczej - nie potrafię prawidłowo latać, wygłupiam się, chojraczę, straszę ludzi pod sobą, itp. Ktoś zapyta - no, ale przecież z wykresu lądowań instrukcji użytkowania samolotu wynika, że nie dało się inaczej lecieć. Tak też i ja zapytałem. I wówczas pokazano mi szkic sytuacyjny, na którym było narysowane rozłożenie startu podczas owego feralnego lądowania. Szkic był starannie namalowany, podpisany i podstemplowany przez szefa wyszkolenia aeroklubu. Wszystko się zgadzało poza jednym szczegółem. Może się niektórzy już domyślają? Odległość pomiędzy skrajem pola wzlotów, a miejscem lądowania nie wynosiła około 100 metrów, jak było w rzeczywistości, ale o ile dobrze pamiętam, ponad 300. I w ten sposób moi przełożeni z aeroklubu umyli ręce. Wszyscy byli OK, tylko pilot samolotu złamał przepisy. W tym układzie mogłem, a nawet powinienem minąć skraj lotniska przynajmniej na wysokości 30-40 metrów. I nie było żadnego tłumaczenia przed panem prokuratorem. Mogłem tylko z rozdziawionymi ustami podziwiać tak pięknie sfałszowany szkic i wydaną na jego podstawie ekspertyzę.

Jakoś w końcu z tej sprawy wyszedłem obronną ręką, ale nikomu nie życzę takich wrażeń. Pamiętam jak dziś, gdy jeden z dobrze poinformowanych lotników powiedział do mnie: "Uważaj, bo już tam szyją buty dla Ciebie". No i uszyli. Mogę tylko zadać retoryczne pytanie do osób, które tak gorliwie fałszowały dokumenty, czy nie mają wyrzutów sumienia? Niech to będzie przestrogą dla innych kolegów lotników - w pewnych sytuacjach zapomnijcie, że macie kolegów czy znajomych. Może oni już szyją buty dla Was?

Na zakończenie cytat z bardzo kiedyś popularnej piosenki wykonywanej przez satyryków z kabateru "60 minut na godzinę":

"....... mam kolegów, i na nich mogę liczyć!
Oj naiwny, naiwny, naiwny...................."

 


Oj naiwny, naiwny, naiwny............
czyli moje najgorsze doświadczenie (nie tylko) lotnicze