Jakoś nie widać szczególnej radości na twarzach tych dwóch dżentelmenów z lewej strony. A przecież za chwilę mieliśmy oderwać się od ziemi czyli zrobić to, co "tygrysy lubią najbardziej". Widocznie to wynik dużego skupienia i tremy. Przy okazji chciałbym nadmienić, że prezentowane tu zdjęcia są autorstwa mojego przemiłego kolegi, zarówno z lotniska, jaki i z pracy - Michała Poniatowskiego (to ten facet z lewej, a w samolocie z prawej).
W tym całym przedsięwzięciu maczał palce jeszcze inny nasz kolega, widoczny tu ze mną na zdjęciu niżej - Romek Szymański.
Zanim jednak wystartowaliśmy trzeba było trochę skompletować samolot. W grudniową pogodę lot bez drzwi nie jest dobrym pomysłem. Przy okazji wielkie podziękowania dla naszego mechanika - Wojtka Kruka za pomoc, choć tego dnia miał wolne.
Co za widok! Nie jest to faktycznie "glass cockpit", ale można go pokochać. Za to sterowane przyciskami radiostacja oraz radiokompas prezentują się niewiele gorzej niż panel sterowania pieca centralnego ogrzewania u mnie w domu.
Przed lotem wypada postudiować mapę. Tą Michał odkrył w mojej szafce, a więc musi pochodzić pewnie sprzed 20 lat albo i lepiej. Mało co się na niej zgadzało już kiedyś, a teraz to już zupełnie "przerąbane". Jeśli dodamy do tego .......... busolę oraz nienajlepszą pogodę, to lot zapowiadał się od strony nawigacyjnej całkiem interesująco.
Lecimy! Parametry generalnie w normie, tylko do przodu mało co widać. Ahoj przygodo!
Na koniec rzut oka na parking pod jednym z baaaardzo wielu (tu ukłon w kierunku naszych radnych) tzw. hipermarketów.
I to by było na tyle. Jeśli ktoś dotrwał do końca tej historyjki obrazkowej, moje gratulacje i życzenia świąteczno-noworoczne.
Ostatnie spojrzenie na mapę, czy dobrze dolatuję do I punktu zwrotnego. Tak jest, tu należało trafić - biały domek poniżej końcówki dajnika ciśnienia na skrzydle.
Po wykonaniu ćwiczebnego ataku na cel zostawiamy go za sobą i lecimy dalej, ale im dalej na zachód, tym pogoda coraz gorsza. Zbliżamy się do linii frontu. Mam na myśli front atmosferyczny. Ważne, że przynajmniej śmigło widać. Za to coraz częściej zadawane sobie pytanie brzmi: "Gdzie my, do cholery, jesteśmy?"
Nad jeziorami jest szaro i smętnie. Prawie słyszę słowa piosenki Piotra Szczepanika, tej o sznurze kormoranów co to się splątał w locie. Gdybyśmy mieli kamerę to można by nakręcić teledysk do tej piosenki. Może by podrzucić ten pomysł niejakiemu Wiśniewskiemu z "Ich Troje"? To ten facet z czerwonymi włosami i widelcem w nosie. Ponoć też lotnik.